piątek, 29 sierpnia 2014

Wszyscy jesteśmy krytykami


Kilka dni temu rozdane zostały statuetki Emmy Awards, jedna z najbardziej prestiżowych nagród, która podkreślają wysoką jakość danej produkcji telewizyjnej. Nie może dziwić więc fakt, że - podobnie jak w przypadku Oscarów - Emmy Awards dzielą środowisko fanów seriali, jednocześnie zmuszając je do dyskusji. Rozmowa jest jednak w tym wypadku najczęściej równie pozbawiona sensu, co w przypadku wspomnianych wyżej Oscarów - i może dlatego właśnie nie mogę powstrzymać się od komentarza.


Odpuściłem sobie oglądanie gali rozdania nagród. Od czasów rozdania Oscarów, na których Heath Ledger został uhonorowany pośmiertną statuetką za rolę w The Dark Knight, nie widziałem ani jednego podobnego "przedstawienia". Dotarło do mnie, że śmieszno - zabawne żarty prowadzących, sztuczne uśmiechy i przedłużająca się ceremonia to nic, co powodowałoby szybsze bicie mojego serca. W gruncie rzeczy liczy się zawsze tylko jedno, wynik. 

Dlatego też jeśli kogoś interesuje to, jak wyglądała ceremonia przyznania Emmy Awards - odsyłam na blog Zwierza, która miała okazję popełnić na ten temat więcej niż przyzwoity wpis. 

Ja natomiast skupię się na absolutnie obiektywnej ocenie tego, czy statuetki przyznano odpowiednim produkcjom; bo w końcu jako bloger z założenia wiem najlepiej. Na fakt wiedzenia najlepiej nie wpływa nawet to, że nie wszystkie nominowane seriale miałem okazję oglądać. 

Ostatni rok był dla produkcji serialowych wyjątkowo dobry - w końcu zamknięto świetne, chociaż zdecydowanie za długie Breaking Bad, wyemitowano kolejny sezon przebojowego House of Cards, świetnego Game of Thrones, upiornego American Horror Story i... Długo by wymieniać. Prócz kontynuacji wśród nominowanych pojawiły się również świeżynki, takie jak True Detective czy Fargo

Mówiąc krótko - konkurencja była w tym roku wyjątkowo zażarta. Ostatecznie większość statuetek zgarnął (jak spodziewali się ci nieco mniej zorientowani w serialowym światku) Breaking Bad. Czemu mniej zorientowani? Bo faktem jest, że BB zdążyło już sobie zebrać ogromną grupę fanów, których przyciągnął raczej głośny, dobrze oceniany tytuł, a którzy wcześniej nie mieli okazji oglądać zbyt wielu innych produkcji serialowych. Chociaż wydaje się to dziwne, zrobiłem mały reasearch wśród znajomych i znajomych - znajomych. Zaskakująco wiele osób przyznawało się do oglądania BB - a przy tym do nieoglądania żadnych innych seriali. 



"Dobra, dobra!" - powie zniecierpliwiony Czytacz - "Ale co z tego wynika?!". Wynika z tego fakt, że hype dookoła serialu opowiadającego historię upadku nauczyciela chemii, rozrósł się do zgoła niepoważnych rozmiarów. Breaking Bad przyciągnęło przed telewizory ludzi, którzy seriali wcześniej nie oglądali i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że... Wydaje mi się, że ta sytuacja wpłynęła na sędziów którzy decydowali o przyznaniu statuetek. W końcu nawet największym nonkonformistom zdarza się czasem ulec presji otoczenia. 

Żeby było jasne: w żadnym wypadku nie uważam, że BB to serial zły! Oglądając niewesołe perypetie Waltera White'a i Jessy'ego Pinkmana bawiłem się naprawdę dobrze. Mimo to, nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, by opowieść stanowiła cokolwiek więcej, niż poprawnie zrealizowaną historię filmową. W ciągu tych kilku sezonów zdarzyło się więc kilka wybitnych odcinków, parę bardzo dobrych, sporo dobrych i przeciętnych. Średnia wyciągnięta z takiego przekroju będzie oscylować w granicach naprawdę niezłej produkcji. 

Ale nigdy nie wybitnej, a o taki poziom ocierają się moim zdaniem zaprezentowani przez HBO Detektywi. I znów, trudno jest mi porównywać umiejętności aktorskie Kevina Spacey, Matthew McConaughey i Bryana Cranstona. W moim odczuciu kunszt aktorski, który prezentowali w serialach uświetnionych ich występami, utrzymywał się na niezwykle równym poziomie. Ciężko byłoby wybrać spomiędzy tej trójki laureata - rodzi się więc pytanie, czy fakt, że statuetka ostatecznie powędrowała w ręce trzeciego z wymienionych panów nie świadczy przypadkiem o tym, iż to tak naprawdę nie umiejętności aktora są doceniane, a popularność produkcji. 

Z całą pewnością doczepiłbym się jednak wygranej Aarona Paula oraz Anny Gunn (nagrodzonych jako Outstanding Supporting Actor/Actress in Drama Series). Ten pierwszy nie był w moim odczuciu żadnym przeciwnikiem dla Petera Dinklage'a, który swoim aktorstwem ukradł ostatni sezon Gry o Tron. Absolutnie irytujące jest to, że aktorka wcielająca się w Skyler White przebiła według werdyktu serialową Cersei Lannister czy aktorki z Downtown Abbey. W tym przypadku wpływ popularności Breaking Bad na ocenę jury jest widoczny niemalże gołym okiem. 

Sytuację ratuje nieco pojedyncza statuetka dla True Detective oraz dwie dla American Horror Story: Coven. Nagrody dla tej ostatniej produkcji są bardzo ważne, gdyż doceniają jedną z niewielu dobrych stron ostatniego sezonu serii: aktorstwo. O ile po Jess Lange i jej występach w poprzednich AHS nie spodziewałem się niczego mniej, o tyle statuetka dla Kathy Bates, której przyszło wcielać się w rolę sadystycznej ex - plantatorki wrzuconej wprost do XXI wieku, była naprawdę miłym zaskoczeniem. 

Ostatecznie Emmy Awards 2014 nie nauczyły mnie niczego więcej, niż Oscary - wszelkie nagrody rozdawane przez "wielce szanownych panów" zazwyczaj nie znajdują stuprocentowego pokrycia z rzeczywistością, nie nagradzają naprawdę dobrych produkcji, skupiając się na tym, co samo rzuca się w oczy - produkcjach najbardziej docenianych przez ogół, co nie znaczy, że najlepszych. W przypadku EA oliwy do ognia dolewa również fakt, iż to sami twórcy decydują, w jakich kategoriach "wystawią" swoich zawodników. Wspomniany wyżej McConeaughey mógłby bowiem równie dobrze rywalizować z nominowanymi w kategorii Outstanding Actor in Miniseries or Movie. Warto jednak samodzielnie przyjrzeć się każdemu takiemu zestawieniu, gdyż oferuje ono możliwość zapoznania się z opinią innych, a przy tym stanowi punkt zapalny dla dyskusji, czy - nie, nie przesadzam! - wewnętrznego monologu (którego uzewnętrznioną formą jest ten tekst). Ostatecznie, nagrody takie jak Emmy Awards zwracają uwagę odbiorcy na dość dobre produkcje, wśród których często można znaleźć przeoczone wcześniej perełki. 

(Tak, zgadliście. Jest to ukryta reklama True Detective, którego "przegranej" nie mogę przeboleć...)