piątek, 13 czerwca 2014

Bela Lugosi's Dead, czyli wampir opowiedziany na nowo

Założę się, że jeśli zapyta się setkę fanów fantastyki o pierwsze skojarzenia związane ze słowem "wampir" będą one raczej podobne. Dowodzi to tego, iż we współczesnej popkulturze utrwaliło się kilka archetypicznych wizerunków krwiopijców, z którymi najczęściej kojarzone są wampiry. Jest jednak kilka takich dzieł, które starają się od wzorca - z różnym skutkiem - odejść. Już sam fakt, iż są w wyraźnej mniejszości w stosunku do wyeksploatowanych pomysłów na "klasyczne" wampiry sugeruje, że warto przyjrzeć się im nieco bliżej. 


Zastanawiając się nad najczęściej wykorzystywany wizerunkiem wampira można łatwo odnaleźć te cechy, którymi kieruje się większość twórców kreując podobne postacie. Utrwalony przez Anne Rice wizerunek wampira - romantyka, zmysłowego, chociaż często znudzonego życiem arystokraty, do dziś wykorzystywany jest w dziełach kultury popularnej. Wampirom kreowanym w taki sposób często brakuje... kłów, bo mało komu udaje się zgrabnie połączyć w jednej historii wątki moralnych rozterek z uwidocznieniem tej bardziej diabolicznej strony każdego kąsacza. Są jednak takie utwory, które postanawiają się skupić właśnie na niej, na Dzieciach Nocy, które świadome swojej wyższości nad ludźmi zmieniają ich w swoją trzodę, dając upust swoim mrocznym instynktom. Jest to ujęcie znacznie bliższe pierwotnemu wizerunkowi wampira, znanego jeszcze z legend, nim tak naprawdę jeden mit upiora został rozpity na kilka innych - wampira, wilkołaka. Te dwa wizerunki są chyba najczęściej wykorzystywane w kulturze popularnej, a pogląd, iż dobry wampir to taki, który łączy cechy drapieżcy i romantyka chyba na dobre zadomowiło się wśród wampirolubnych odbiorców. 

Istnieją jednak nieliczni twórcy, którzy postanawiają z takim klasyczny wizerunkiem krwiopijcy zerwać. 

Kilka miesięcy temu (dokładnie: w lutym) światło dzienne ujrzała książka Dana Simmonsa Trupia Otucha. Po ponad 20 latach oczekiwań polski czytelnik doczekał się wreszcie przekładu książki, która przez takich gigantów horroru jak Stephen King uznawana jest za jedną z najważniejszych, jeśli chodzi o próbę zredefiniowania wizerunku wampira. Biorąc pod uwagę to, że nazwisko Simmonsa wydaje się mi być wciąż mało znane w naszym rodzimym kraju, warto właśnie od jego wizji wampiryzmu rozpocząć podobny wpis. 

To chyba czeska okładka Trupiej Otuchy.
Lepsza niż Polska, bo oddaje
 nastrój i nakreśla fabułę,
z miejsca sugerując czytelnikowi
istnienie wampirzej Gry. 
W swojej książce Simmons zdecydował się odwołać do klasycznego wzorca wampira drapieżcy w sposób, który nie jest wyjątkowo odkrywczy, aczkolwiek w wykonaniu tak dobrego pisarza zdecydowanie się broni. Zamiast opowiedzieć historię o ssących krew bestiach, Dan ubrał swoje potwory w ludzką skórę. Nie ma w tym przypadku mowy o żywieniu się krwią - jest za to Talent, kojarzący się z Dominacją znaną z Wampira: Maskarady, umiejętność, która umożliwia Żerowanie na innych, możliwość podporządkowania sobie drugiego człowieka. Osoby, które mają (nie)szczęście wyżej wspomniany Talent posiadać, doskonale wpisują się w archetypiczny wizerunek wampirzego bogacza - w zasadzie nie ma wśród nich osoby, której status majątkowy i społeczny nie byłby godny pozazdroszczenia. Jest to dosyć logiczne - w końcu kiedy ma sie możliwość dyrygowania wolą innych, raczej nie klepie się przysłowiowej biedy. Pomimo tego, że Simmonsowe istotki to w jakiś sposób ludzie (śmiertelni, starzejący się, chociaż nieco wolniej, niż typowi przedstawiciele homo sapiens), nie brakuje im metaforycznych kłów: zachowują się dokładnie tak, jak czytelnik mógłby tego od nich oczekiwać. To łowcy, którzy wciąż trwają na polowaniu, wyznaczając sobie kolejne, coraz to bardziej złowieszcze cele - tylko dla tego, że mogą. Moralność jako taka dla nich nie istnieje. To stworzenia, które nie zawahają się sprowadzić świata na krawędź zagłady tylko po to, by zaspokoić swoje ego, chorą filozofię, pokazać sobie na wzajem kto tak naprawdę jest silniejszy. Z takimi właśnie kreaturami zmagają się główni bohaterowie Trupiej Otuchy: cały konflikt przypomina walkę Dawida z Goliatem i między innymi dlatego warto zapoznać się z wizją Simmonsa - wampir jest tu odpowiednio groźny, zabójczy, nieustępliwy, wręcz: ostateczny. 

Z klasycznym wizerunkiem wampira zrywa również Romero w swoim Martinie. Jest to kolejna mało znana produkcja, która zasługuje na stanowczo o wiele większe zainteresowanie ze strony każdego fana horroru. Tytułowy Martin to młody chłopak, o którym ciężko jest powiedzieć, czy naprawdę jest wampirem. To właśnie wokół tego motywu zbudowany jest cały film - reżyser stara się wplątać widza w grę, dostarczyć mu dostatecznych argumentów, by mógł zadecydować, czy  Martin to faktyczny, pełnokrwisty wampir, czy jedynie szaleniec łaknący krwi. U Romero brakuje scen znanych z cyklu Anne Rice czy wspomnianej wcześniej Maskarady - nie ma kłów, które wbijają się w skórę ofiary, nie ma dreszczu rozkoszy, przyjemności mieszanej ze śmiercią. Jest żyletka, strzykawka i narkotyki, którymi Martin najpierw odurza swe ofiary, zanim spuści z nich krew. W roli nieustraszonego łowcy występuje wuj chłopaka, sprawiający niemalże równie niepokojące wrażenie co jego morderczy siostrzeniec, pogrążony częściowo w świecie swojej wyobraźni. Decyzja, którą w końcu podejmuje widz, nie jest zaburzona przez ostateczną konkluzję reżysera - w tym właśnie tkwi piękno filmu, iż Romero nic w nim nie stwierdza, nie dostarcza gotowych odpowiedzi. To sam widz zadecyduje ostatecznie o tym, kim... czym był Martin. 

Nieco inaczej sprawa przedstawia się w przypadku tych konkretnych wampirów które... nie zdają sobie sprawy z tego, kim są. No, dobra, raczej nie znajdzie się ich zbyt wiele we wszystkich dziełach kultury popularnej. Jednym z nich jest jednak Roman Godfrey, jeden z głównych bohaterów serialu Hemlock Grove. Pomysł na to, by chłopak, który doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego niezdrowego fetyszyzmu (sami zgadniecie, krew) oraz nagina swoim umysłem wolę innych ludzi, nie wiedział, że jest wampirem, jest szyty grubymi nićmi - serial jest jednak na tyle dobry, by można przymknąć na to oko. Twórcy Hemlock Grove łączą w przypadku wampirów kilka mitów, istotę nazywają upirem, sugerując tym samym jej genezę - wywodzącą się gdzieś ze wschodu Europy. Wyraźnie zarysowane zostaje również zarzewie konfliktu na linii upir - rom (który występuje również chociażby w cyklu Nekroskop Lumleya). Wampiry postanowiono udziwnić, mieszając w tym przypadku kilka różnych legend - matka Romana stała się krwiopijcą po samobójstwie, które popełniła odcinając sobie kawałek ciała, narośl, która przypominała ogon. Nasz bohater, na podstawie którego omawiam motyw wampiryzmu w Hemlock Grove, urodził się jednak w sposób jak najbardziej naturalny, co sugeruje, że ani ona, ani on nie są do końca "nieumarli". Przyszedł jednak na świat w czepku - co według niektórych legend wiąże się bezpośrednio z wampiryzmem. Oprócz tego, jako przedstawiciel bogatej rodziny wpisuje się dość dobrze w motyw wampira - bogacze; jest to najwyraźniej schemat, z którego ciężko się jest wyrwać. 

Nie jest to jednak zupełnie niemożliwe. Cassidy, wampir znany z komiksu Kaznodzieja, przez większą część swojego życia nie posiada grosza przy duszy. To postać kompletnie zrywająca z charakterystycznym wizerunkiem wampira, zachowująca przy tym większość jego cech - Cass płonie na słońcu, ciężko go zabić, jest silny, szybki, drapieżny, co najważniejsze: pije krew. Stanowi jednak przeciwieństwo "klasycznych", egzaltowanych wampirów. To wulgarny, głośny, kochający punk i picie Irlandczyk. Jest postacią szalenie złożoną (jak zresztą większość bohaterów Kaznodziei), która łączy w sobie cechy antagonisty i protagonisty. Jest najlepszym przyjacielem głównego bohatera, ale jak to często bywa - nie przeszkadza mu to w byciu skurwielem. Można zaryzykować stwierdzenie, iż ludzka natura wciąż walczy w nim o lepsze z wampiryzmem. Co trzeba podkreślić, pomimo braku umiejętności wpływających na psychikę ludzi, Cass wydaje się przejawiać cechy również wampira emocjonalnego - liczba żyć, które zniszczył jest całkiem imponująca, co okazuje się już pod koniec lektury. Kaznodzieja zrywa z wizerunkiem wampira - romantyka również w momencie, w którym zestawia Cassa z postacią wampira - klasycznego, ubranego w płaszcz, pelerynę, farbującego włosy i noszącego soczewki, wsłuchującego się w poezję swojej trzódki zebranych gotów. Nie powiem, by właśnie postać Irlandczyka była najważniejszym powodem, by sięgnąć po Kaznodzieję, ale, cholera, z całą pewnością jest w pierwszej trójce argumentów stojących za podjęciem takiej decyzji. 

Oczywiście, wampirów - odmieńców można by szukać i szukać. Wystarczy wspomnieć tu dobrotliwe (no, czasem) wampiry Pratchetta, rozsypujące się w pył pod wpływem flesza aparatu, a potem składające do kupy poprzez rozbicie ampułki z krwią, czy wampiry wyżej wspomnianego Lumleya, z którymi jednak nie polecam się zapoznawać. Ostatecznie nawet nasi rodzimi twórcy zrywali w jakiś sposób z wampirem klasycznym - tu za świetny przykład mogłaby posłużyć postać, której imienia nie muszę chyba nawet pisać. Wystarczy wspomnieć, że nakreśliło ją pióro Sapkowskiego, by każdy wiedział o kogo chodzi. 

Wydaje mi się, że próba ponownego zdefiniowania wampira jako istoty może być ostateczną deską ratunku dla twórców tych dzieł kultury popularnej, które poruszają zagadnienie wampiryzmu. Wydaje się, że po Zmierzchu i całej masie koszmarków, które nawiedziły popkulturę, nastąpił pewien przesyt wampirami klasycznymi. Nowe podejście i pomysły kreacje takie, jak te podane powyżej z całą pewnością mogą uratować i podbudować wizerunek bladych, drapieżnych dentysto - sceptyków.