Ile razy przychodzi nam słuchać, jak ktoś rozpływa się nad stuletnim filmem? Pomimo kiepskiego scenariusza, marnego aktorstwa i potwornej jakości dźwięku stara się uargumentować swoje przywiązanie, niezdrową sympatię do dzieła, powołując się właśnie na "perspektywę czasu".
A przecież żyjemy w XXI wieku- i to właśnie z jego perspektywy warto oceniać rzeczywistość, o czym przypomniała mi lektura "Dziewięciu książąt Amberu" Rogera Zelaznego.